Magura przenosi swoją produkcję na Tajwan, do miasta Taichung. Linie mają ruszyć w drugim kwartale tego roku i rozpocznie się od widelców a w niedługim czasie dołączą do nich hamulce tarczowe. Ta decyzja jest podyktowana lepszą dostępnością części OEM (dla montowni) rowerów, które są w Chinach i na Tajwanie. Lokalizacja fabryki jest ciekawa geograficznie, po pracy można jechać w góry – zobaczcie tutaj :) Decyzja o relokacji ma sens, ale moją uwagę przykuło coś innego.
Do tej pory panuje w Polsce kult pt: „niemieckie to MUSI być najlepsze!” i często gęsto można spotkać członków tej sekty. Jestem ogromnie rozbawiony myślą o tym, że teraz napis „Made in Germany” pozostanie wyłącznie na hydraulicznych hamulcach obręczowych czyli na 3 modelach, które możecie zobaczyć tutaj. Dla normalnych ludzi zmiana miejsca produkcji to nie jest żadne problem ponieważ kontrola jakości pozostaje ta sama jednak czy sekta wierząca w supremację niemieckich produktów da radę z tym żyć? Według moich obserwacji mogą mieć problem. Ukoronowaniem tej sytuacji powinno być przeniesienie produkcji silników z gamy TDI poza EU :)
Czy ta zmiana pomoże Magurze? Czy firma, która jest relatywnie mało widoczna na rynku zmieni tę postać rzeczy?
Magura jest obecna w nurcie MTB od dawna i śmiem zaryzykować stwierdzenie iż nie ma takiej osoby, która nie kojarzy przynajmniej jednego ich produktu. Był czas kiedy obręczowe hamulce hydrauliczne to było niespełnione marzenie każdego rowerzysty, który śnił po nocach o bezobsługowych i mocnych spowalniaczach. Pamiętacie ten slogan reklamowy, który mówił o tym, że system będzie działał nawet wtedy kiedy będzie zalany wodą :) Ja też przez to przechodziłem, jednak kiedy w końcu miałem okazję sprawdzić HS’a (model w kolorze fluo czyli Race Line o ile dobrze pamiętam) to czar prysł. Okazało się, że te hamulce wcale nie są takie powalające żeby nie powiedzieć, że V-braki wydały mi się lepsze. Ustawianie klocków były tylko trochę prostsze niż w Cantliverach jednak raz ustawione nie wymagały żadnych poprawek nawet wymianie na nowe i to było świetne.
Podobnie było z hamulcami tarczowymi. Niby wszystko ok, długa gwarancja na wycieki a jednak czegoś im brakowało a użytkownicy byli trapieni powtarzającymi się awariami. Dziwiłem się, że tak długo produkowali zaciski z jednym ruchomym tłoczkiem bo jest to nędzne rozwianie jednakże był jeden model, który znali wszyscy od zawsze. Oczywiście chodzi o Gustawa M, który obrósł legendą ponieważ generował tak potworną siłę hamowania, że potrafił połamać golenie amortyzatora. Bez względu na problemy eksploatacyjne każda osoba, która miała okazję na nim jeździć wypowiadała się o jego sile w samych superlatywach. Jestem bardzo niepocieszony tym, że nie miałem Gustawa M. Jest to jeden z tych komponentów, który od zawsze chciałem mieć. Szkoda, że cena była zaporowa. Gustaw nie jest już produkowany i wraz z jego odejściem z rynku coś się skończyło. Jest mi nieco smutno, kiedy o tym myślę. Nie ukrywam, że z radością wziąłbym w góry jakiś aktualny produkt Magury aby zobaczyć co w trawie piszczy.
No i na koniec amortyzacja. Wygląda pozytywnie, ale dlaczego tak mało osób na tym jeździ? Cena to pierwsza rzecz a druga to przekombinowanie tych widelców. Podwójny booster (podkowa) to jest coś co nigdy nie mnie nie przekonało choć nie powiem, wygląda to ciekawie :)
Dobra, koniec tych wspominek – czas iść na rower! Życzę Magurze jak najlepiej a nam (rowerzystom) życzę aby ich komponenty potaniały tak aby stały się bardziej dostępne :)
Jeżeli używałeś części z logo Magury to zapraszam do podzielenia się wrażeniami w komentarzu :)
Pingback: cła na rowery z chin | Endurorider.pl
Używałem chwilę amortyzatora Magura Odur (hehe prawie jak odór;) ale okazał się za twardy do mojej wagi i go dość szybko sprzedałem (nie chciałem inwestować w bardziej miękka sprężynę stalową).
Chwilę później sprowadziłem sobie ze Stanów (z tego samego źródła co wcześniej) powietrznego brata Odura o bliźniaczej konstrukcji (nie licząc ściskanego medium), czyli Laurina.
Tu już nie było problemów z ustawieniem do wagi. Z działania też byłem zadowolony ale do czasu. Po zjeździe z Hali Gąsienicowej do Brzezin „drogą” wybrukowaną sporymi kamieniami coś zaczęło strzelać na połączeniu lewej goleni z koroną (po zaledwie lekkim przekroczeniu pierwszego tysiąca kilometrów). Niestety zraziłem się do tego widelca i kupiłem Rebę, której używam do dziś.
Laurin po odleżeniu prawie roku (w międzyczasie nikt nie potrafił ani zdiagnozować trzeszczenia ani go zlikwidować) został oddany do serwisu w celu sprawdzenia i okazało się, że po takim czasie już nie trzeszczy więc go sprzedałem.
Ogólnie jakość wykonania obu widelców była wzorowa ale wiem, że kolejnego już nie kupię (chociaż nowe hamulce Magura MT chętnie bym potestował;)
Niestety nie miałem żadnego widelca Magury u siebie, ale mam bardzo podobne odczucia czyli PRAWIE dobrze :) Coś tam zawsze mi się nie do końca podobało a i użyszkodnicy też nie byli jednoznaczni w swoich ocenach. Podwójny booster (podkowa) zawsze był dla mnie synonimem idealnego rozwiązania do tego żeby przywieźć ze szlaku dodatkowy kilogram błota :) Szczerze mówiąc nigdy mnie to nie przekonało ostatecznie.
Z hamulcami też coś jest na rzeczy: legendarne HS 33 Race line (fluo żółte) okazały się być słabsze niż dobrze ustawione V-ki a tyle się swego czasu o nich naczytałem ochów i achów. Jedno było prawdą – ustawianie klocków to MEGA mordęga :) Zawsze będę żałował, że nie dane mi było posiadać Gustawa M, który jest dla mnie ikoną pierwszego naprawdę potwornie mocnego hamulca.
Czytałem recenzje MT i powiem tak: zbyt entuzjastyczna jak dla mnie :> Niektóre fragmenty testu podkreślające pewne zalety są aż nieprzyzwoicie radosne. Nie zmienia to faktu, że z ogromną radością przygarnąłbym na czas jakiś Magurę MT :)